Teneryfa to wyjazd typowo paralotniowy. Od kilku miesięcy zastanawiałam się, jak tam będzie – gdzieś w myślach snułam wyobrażenia o tej egzotycznej wyspie. Marek miał latać, a ja – jak zwykle – przeżywać jego starty i lądowania.

Po przylocie czekała nas niespodzianka. Linie lotnicze LOT nie dowiozły jednej paralotni. Marek wyraźnie się tym przejął, bo wiedział, że to skomplikuje ich plany. Jednak szybko ustalili z Łukaszem, że będą się dzielić paralotnią, żeby przynajmniej zrobić pierwszy zlot nad oceanem.
Miejsce było genialne. My, z Magdą, usiadłyśmy w przeszklonej restauracji z widokiem na paralotniarzy. Piłyśmy Barraquito, najlepszą kawę na Teneryfie, próbując nie przeszkadzać. Cierpliwie czekałyśmy, aż wylądują, jednocześnie nagrywając ich loty.

Teneryfa – wyspa klifów gigantów, malowniczych serpentyn wijących się w dół i w górę, wąwozów, widoków na ocean i góry – zachwyciła mnie od pierwszej chwili. Największe wrażenie zrobił na nas jednak Park Narodowy wulkanu Teide. Ten aktywny wulkan, śpiący od ponad stu lat, wygląda jak krajobraz z Marsa.

W kolejne dni, już z drugą paralotnią, szukaliśmy nowych wyzwań, a lądowania w słońcu z widokiem na ocean budziły w nas piękne emocje.


Jednym z najbardziej spektakularnych lotów miał być zlot spod wulkanu Teide. Wjechaliśmy serpentynami na górę, na wysokość ponad 2200 m n.p.m., podziwiając skały zastygłej lawy i jakże inną dla nas roślinność – od sosny kanaryjskiej na dole po kępy traw i krzewów przystosowanych do życia na ziemi wulkanicznej.
Na lot jechaliśmy wszyscy razem, a rozmowy w samochodzie pomagały nam opanować lekki niepokój przed startem. W trakcie drogi dołączył do nas lekarz anestezjolog, Irlandczyk mieszkający w Szwajcarii. Był spokojny i opanowany, a rozmowa z nim dodawała przynajmniej mi otuchy. Powiedział mi:
– Do lotu przygotowuję się tak samo jak do operacji. Wszystko musi być przemyślane i dopracowane.
Było widać, że włożył dużo uwagi w szczegóły – chociaż nie był zbyt doświadczonym paralotniarzem, jego podejście mogło być cenną lekcją dla Marka.
Na miejscu spojrzeliśmy przed siebie. W oddali widzieliśmy ocean, nad nami błękitne niebo bez żadnej chmurki. Po lewej stronie widać było stożek wulkanu Teide. Krajobraz wokół przypominał Marsa – suche, wulkaniczne pola otoczone górami.
Chłopaki wystartowali prawie jednocześnie, unosząc się w błękitne niebo niczym paralotniowi rycerze. Przez chwilę świat wydawał się zatrzymany – tylko oni i przestwór.
Zjeżdżając serpentynami z wulkanu, rozmawiałyśmy z Magdą o wszystkim, byle nie myśleć o tym, że coś złego może się wydarzyć. Dodawałyśmy sobie otuchy, śmiejąc się i żartując. Czekałyśmy na telefon. Nasze radio w lesie, w samochodzie, nie działało i nie słyszałyśmy już zachwytów oraz komunikatów chłopaków, jakie wymieniali między sobą.

Jednak nie wszystko poszło zgodnie z planem. Nikt z nas nie widział dokładnie lądowania Marka – plaża była zasłonięta przez skały. Łukasz, który wylądował chwilę później, zauważył, że coś poszło nie tak, ale na szczęście nie było groźnie.
Na dole Marek opowiedział nam, co się wydarzyło. Lądował na małej, trudnej plaży, zatrzymując się nogami o skałę. Plaża była zbyt mała i trudna w wytracaniu wysokości. Na szczęście nic mu się nie stało, ale paralotnia opadła na skały i rozdarła się. Ta paralotnia miała już sześć lat i dzień wcześniej żartowaliśmy, że może nadszedł czas, by ją wymienić. Po tym locie sama się pożegnała – symbolicznie, choć niezbyt łagodnie.

Wieczory na Teneryfie były pełne smaku. Owoce morza i ryby rozpieszczały nasze podniebienia. Pewnego dnia zobaczyliśmy kanaryjską sosnę – tak grubą, że nazwali ją „Grubą Sosną”. Miała 800 lat i zrobiła na nas ogromne wrażenie.





Reszta naszego pobytu na Teneryfie upłynęła na kolejnych przygodach – zarówno w powietrzu, jak i na ziemi. Największe wrażenie zrobił na nas Park Narodowy wulkanu Teide, z krajobrazami jak z innej planety, oraz malownicze miasteczka Garachico i balkonowa Orotava. To tam, oprócz drewnianych, kolonialnych balkonów, zobaczyliśmy słynne smocze drzewo, którego kora pomaga leczyć rany.



Może trzeba było nasmarować paralotnię albo choćby duszę Marka, który w myślach analizował swoje błędy.
Odwaga – to pierwsze słowo, które przychodzi mi do głowy, gdy myślę o paralotni. Drugie to fascynacja sportem, a trzecie – piękno. Te kolorowe skrzydła na niebie są jak piękne motyle, symbolizujące spełnienie marzeń, które przyciągają spojrzenia ludzi z dołu i zapierają dech w piersiach.



Spotkaliśmy na Teneryfie kilkoro niezwykłych ludzi. Mauri, mieszkaniec wyspy, pochodzący z Bilbao, był sympatycznym instruktorem. Spędziliśmy z nim trochę czasu, a on podpowiadał nam, gdzie warto latać. Zaprosiliśmy go na obiad – okazało się, że potrafił zamawiać pyszne jedzenie tanio i z finezją. Dzięki niemu dowiedzieliśmy się o innych atrakcjach wyspy: Masce, kanioningu, rejsach pod klifami z wielorybami i delfinami.


Drugą ciekawą osobą był Adam – mój znajomy pilot Kiribati Club, który mieszka na La Palmie w camperze. Przyjechał do Orotavy na operację swojego psa. Przypadkowe spotkanie zamieniło się w miłą rozmowę i wielką zachętę do odwiedzenia La Palmy, kolejnej wyspy Archipelagu Wysp Kanaryjskich.

A teraz siedzę w samolocie. Marek wciąż szuka nowej paralotni, Łukasz planuje kolejny wyjazd, a ja opisuję nasze przygody, by nie zapomnieć tych pięknych chwil.






Kolejne marzenie kulinarne Marka spełnione
