
⸻
Jeszcze trwa nasza podróż, a ja już w myślach układam opowieść o niezwykłej wyspie zwanej Mauritiusem.
Zazwyczaj omijałam rajskie wyspy – turkusowa woda i biały piasek to dla mnie za mało. Mauritius? Brzmiał jak miejsce dla tych, którzy rezerwują hotel all inclusive i „zwiedzają” w ramach jednodniowych wycieczek. Ale postanowiłam sprawdzić, czy da się inaczej.
Zamiast jednego hotelu – kilka miejsc. Zamiast utartych szlaków – różne oblicza wyspy. Okazało się, że Mauritius to nie tylko hamaki i drinki z parasolką, ale też góry, dzikie klify i życie poza folderowym rajem. I właśnie taki Mauritius chciałam zobaczyć.
Mauritius wybrałam na podróż z moją najbliższą przyjaciółką – Izą. Chciałyśmy razem spędzić urodziny, bo obie obchodzimy je w marcu. Iza świętowała dwa dni temu, ja wczoraj. Dziś, pływając w turkusowych wodach Oceanu Indyjskiego myślami wracałam do wszystkiego, co właśnie nam się przytrafiło. Próbowałam ubrać w słowa te wrażenia, aż w końcu usiadłam do pisania…

Blue Bay Marine Park – pierwszy przystanek
Na Mauritius przylatujemy Turkish Airlines, a nasz pierwszy przystanek to butikowy hotel w Blue Bay Marine Park – najbardziej chronionym parku morskim na wyspie, położonym na jej południowo-wschodnim skrawku.
Mauritius otacza rafa koralowa, która stanowi naturalną barierę przed tsunami. Tak powiedział nam nasz pierwszy przewodnik podczas snorkelingu. To on wprowadził nas w świat rafy i zdradził jej tajemnice.
Koralowce to niezwykłe stworzenia, które wyglądają jak podwodne kwiaty, ale w rzeczywistości są zwierzętami. Żyją w ciepłych morzach i tworzą wielkie, kolorowe rafy – podwodne miasta, które są domem dla tysięcy ryb, krabów i innych morskich stworzeń.
Rafę miałyśmy dosłownie na wyciągnięcie ręki – z naszego hotelowego pokoju wychodziłyśmy prosto na plażę, a zaledwie 20 metrów od brzegu zaczynał się podwodny świat. Wystarczyło założyć maskę, rurkę i płetwy, wskoczyć do wody i płynąć labiryntem koralowców, otoczonym przez setki kolorowych ryb – od dużych i smukłych po maleńkie o niezwykłych barwach.





Gdy już nacieszyłyśmy się eksploracją „naszej” rafy, wyruszyłyśmy dalej. Luciano, nasz przewodnik zabrał nas na snorkeling w samym sercu parku. Choć tamtejsza rafa nie była tak kolorowa, to ryby okazały się znacznie większe i bardziej intrygujące.
Luciano pokazał nam także bezludną Coco Island, gdzie spędziłyśmy magiczne chwile delektując się ciszą i widokiem oceanu. Zrodziła się między nami podróżnicza znajomość, która – jak to w drodze – musiała się szybko skończyć.



Rejs na pięć wysp – przypadkowa przygoda
Kolejnego dnia miałyśmy wziąć udział w rejsie na pięć wysp, ale rano dowiedziałyśmy się, że… pozostali uczestnicy odwołali wycieczkę.
Zamiast rozpaczać, postanowiłyśmy dogadać się z kapitanem i popłynąć prywatnie. I to była najlepsza decyzja!
Podziwiałyśmy delfiny przy Fish Farm, odwiedziłyśmy wyspę z latarnią morską, gdzie krajobrazy były wręcz nierealne, a na zakończenie snorkelowałyśmy na rafie.
Jedynym czego zabrakło, był lunch z homarami, który przepadł razem z odwołaną wycieczką.
Ale w tamtej chwili miałyśmy coś lepszego – ocean dla siebie i przygodę, której nikt nam nie mógł odebrać. Ale może jeszcze kiedyś to nadrobimy…






Pożegnanie z Blue Bay i nowe emocje na Le Morne Brabant
Nadszedł czas na rozstanie z turystami z naszego hotelu, których twarze zdążyłyśmy już dobrze rozpoznać. To jedna z zalet małego hoteliku – codziennie mijasz te same osoby, uśmiechasz się do nich i zaczynasz czuć pewną wspólnotę.
Wieczory spędzałyśmy przy małej scenie z muzyką na żywo. Pierwsze dni spędzałyśmy z grupą podstarzałych Koreańczyków, których starość przypominała nam o tym, jak młode wciąż jesteśmy!
W ostatni wieczór śpiewała przepiękna dziewczyna, a jej piosenki – zarówno te po francusku, który na wyspie słychać częściej niż angielski, jak i te w języku angielskim – skradły nasze serca. W końcu dałyśmy się porwać muzyce i zatańczyłyśmy razem z kilkoma parami na parkiecie. Koreańczycy już wyjechali i zrobiło się spokojnie.
Pierwsze wielkie emocje – jazda po lewej stronie!
Rano przyszedł czas na kolejne wyzwanie – wynajęłyśmy samochód! Nie byłoby w tym nic niezwykłego, bo obie jesteśmy kierowcami, ale na Mauritiusie obowiązuje ruch lewostronny.
Iza ściska kierownicę, ja próbuję udawać opanowaną. ‘Teraz w lewo! Nie, trzecie lewo!’ – poprawiam na rondzie , a ona przypadkowo włącza wycieraczki. Śmiejemy się, ale każda mijana ciężarówka przypomina, że to nie żarty. Lewostronny ruch? Dajemy radę. Prawie. Jak to czasem bywa nawigacja wyprowadza nas w pole, ale humory wciąż dopisują.
Naszym celem jest kolejny raj – Le Morne Brabant, gdzie zamiast hotelu na kilka nocy wynajęłyśmy prywatną willę.
Życie jak miejscowi
Zamieszkałyśmy jak prawdziwe mieszkanki wyspy – robimy zakupy w pobliskim supermarkecie, przemierzamy okolicę naszym Mauritius kim autem, cieszymy się prywatnością. Nasza willa ma taras z widokiem zarówno na słynną górę Le Morne Brabant, jak i na ocean.
Dzień przed urodzinami Izy zaczęłyśmy w niezwykłym towarzystwie. W Vanilla Park miałyśmy okazję stanąć oko w oko z olbrzymami – dosłownie. Żółwie Aldabra, żyjące tu na wolnej przestrzeni były tak ogromne, że spokojnie mogłyby nas podwieźć kawałek dalej. Czułyśmy się, jakbyśmy cofnęły się w czasie do prehistorycznej epoki, gdzie to one rządziły światem.
Podejście do nich? Zero stresu, pełna godność. Żółwie w Vanilla Park znają swoją wartość. Powoli, z namysłem, przeżuwają liście, które dostają od swoich opiekunów.
Każdy ruch ich wielkich nóg wydaje się zaplanowany z chirurgiczną precyzją – żadnego pośpiechu, żadnych zbędnych gestów. Tylko spokój i powolne przesuwanie się po ciepłej ziemi.
Podglądaliśmy żółwie, które w żółwim tempie wyznawały sobie miłość.






Po wizycie u żółwi przyszedł czas na coś zupełnie innego, ale równie magicznego – Ziemię Siedmiu Kolorów w Chamarel. Przed przyjazdem widziałyśmy zdjęcia, ale nie spodziewałyśmy się, jak nierealnie to wygląda na żywo. Wydaje się, jakby ktoś rozsypał na ziemi pigmenty w odcieniach czerwieni, fioletu, żółci, beżu i różu, a potem zapomniał je wymieszać. Ta niezwykła gra kolorów to dzieło wulkanicznych minerałów i warunków atmosferycznych, ale patrząc na to miejsce trudno uwierzyć, że to tylko efekt działania natury, a nie pracy jakiegoś szalonego artysty.
A jak uczcić urodziny Izy w takim miejscu? Oczywiście najzimniejszymi lodami na świecie! Na terenie parku Iza odkryła stoisko z lodami w postaci maleńkich, zamrożonych kuleczek – prawdziwa kriogeniczna przyjemność. Każda łyżeczka była jak eksplozja lodowego chłodu, który w upale Mauritiusa działał jak zbawienie.








Historia góry Le Morne Brabant
Nie sposób mówić o tym miejscu, nie wspominając jego historii. Góra Le Morne Brabant jest wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO ze względu na swoje kulturowe znaczenie.
W czasach niewolnictwa, w 1835 roku, gdy ogłoszono jego zniesienie, brytyjscy żołnierze przybyli na wyspę, by przekazać tę wiadomość. Jednak niewolnicy, którzy ukrywali się na górze przez lata w trudnych warunkach, myśląc, że wojsko przyszło ich schwytać, rzucili się w przepaść. Nie chcieli wrócić do niewoli, nie wiedząc, że przyszła wolność.
Dziś Le Morne Brabant jest symbolem walki i oporu, a jej surowe piękno budzi ogromny respekt. Patrzyłyśmy na nią z naszej willi, szykując się do trekkingu na sam szczyt. Z góry roztacza się podobno jeden z najpiękniejszych widoków na całym Mauritiusie.
Widok nie z tej ziemi – iluzoryczny wodospad i lot hydroplanem
Buty trekkingowe czekały w torbie, ale nasze chęci zdobycia szczytu Le Morne Brabant nie były zbyt silne. Upał skutecznie nas zniechęcał, więc zgodnie zmieniłyśmy plany.
Jednak dla tych, którzy kochają trekkingi, to wyzwanie jest warte wysiłku! Nagroda czeka na szczycie – widok, który zapiera dech w piersiach. Z góry można zobaczyć coś absolutnie wyjątkowego: iluzoryczny podwodny wodospad!
My też go zobaczymy! Ale w inny sposób.
Najlepszy urodzinowy prezent – lot hydroplanem!
Jeszcze przed wyjazdem, zarezerwowałam na 14 marca nasz prezent urodzinowy – coś, co pozwoli nam zobaczyć Mauritius z zupełnie nowej perspektywy. Polecimy hydroplanem! Już sam pomysł ekscytuje mnie tak bardzo, że od rana czuję lekki niepokój w ciele. Czy to adrenalina? Podekscytowanie?
O pierwszej jesteśmy na miejscu. Z daleka widać kilka hydroplanów kołyszących się na wodzie. Brodzimy w turkusowej lagunie, a w oddali wznosi się majestatyczna góra Le Morne Brabant.
I nagle – to jest ten moment!
Każda z nas spędzi 15 minut w powietrzu, lecąc nad laguną.Już nie wiem, czy się boję, czy ekscytacja sięga zenitu. Wsiadam pierwsza do hydroplanu, wzbijam się w powietrze.
Mój pilot nazywa się Marco – dokładnie tak jak mój mąż, który lata na paralotni! Śmieję się i od razu czuję sympatię. Wymieniamy kilka zdań i okazuje się, że Marco ma urodziny za trzy dni. Kolejna „rybka” na mojej drodze – znak zodiaku łączy nas wszystkich.
Startujemy.
Nie da się tego opisać słowami – to trzeba zobaczyć i przeżyć. Lecimy w górę nad podwodnym wodospadem, który wygląda jak coś z innej planety. Potem zbliżamy się do góry Le Morne Brabant – widzę śmiałków, którzy zdobyli jej szczyt i właśnie dostają swoją nagrodę – widok, który zostaje w pamięci na całe życie.Moje oczy nie wierzą w to, co widzą.
Natura jest nieprzewidywalna w swoim tworzeniu.
Kocham to, co widzę.
Lądujemy.
Teraz czas na Izę!
Wieczór spędziłyśmy na plaży w Le Morne przy zachodzie słońca. Zdjęcia oddały piękno tego miejsca i możemy wciąż wracać do tej chwili dzięki nim!
W oddali góra Brabant i piękny resort, do którego trzeba kiedyś przyjechać, bo tak wygląda właśnie raj.














Nurkowanie z delfinami
To były moje urodziny!
I powtórzyłam w swoim życiu wspomnienie pływania z delfinami i żółwiami w ich naturalnym środowisku.
Wstajemy o świcie jeszcze przed wschodem słońca. Ruszamy autem do naszego kapitana łodzi, z którym przeżyjemy kolejną niesamowitą przygodę. Iza prowadzi samochód do przystani. Jesteśmy podekscytowane, a towarzyszy nam jeszcze jeden Japończyk i para niemieckich turystów.
Wsiadamy na motorówkę. Jest chłodno, słońce jeszcze nie wstało. Navesh, nasz opiekun częstuje nas ciastem i kawą z rumem – mały zastrzyk energii przed tym, co nas czeka. A czeka nas niemały wysiłek, by zobaczyć rodziny delfinów w ich naturalnym środowisku.
Łódź płynie powoli. Tom, nasz przewodnik dostrzega delfiny i daje sygnał do skoku. Wskakujemy do wody, ale pierwszy raz to falstart – nic nie widzimy. Przy drugim skoku przez krótką chwilę udaje mi się dostrzec delfina, ale to jeszcze nie to. Prawdziwa magia dzieje się dopiero za trzecim razem – płyniemy nad wielką rodziną delfinów! W końcu koniec frustracji. Zaczynamy rozumieć, jak to działa.
Wspinamy się na łódź i skaczemy do wody jeszcze kilka razy. Łącznie pięć razy pływamy z delfinami – to widok, który pozostanie z nami na zawsze.
Gdy emocje opadają, a zmęczenie daje o sobie znać, Iza zdradza wszystkim, że dziś są moje urodziny! Pojawiają się życzenia, uśmiechy i niespodzianka od Nawesha – obiecał pływanie nad żółwiem i dotrzymał słowa. Nie wierzyłam, że się uda, ale nagle widzę go – ogromnego, majestatycznego. To niesamowite! Płynę nad nim, przeżywając tę wyjątkową chwilę.
Iza też go widziała, ale zakrztusiła się i zanim zdążyła wyrównać oddech, żółw zniknął jej z pola widzenia.




Mimo to doceniamy każdą chwilę, bo one nie trwają wiecznie. Właśnie dlatego są tak cenne – ulotne, ale zapisujące się w nas na zawsze. Nawet jeśli coś umknie, to przecież i tak zostaje w sercu.
Cieszę się, że spełniłam to marzenie – to było tak piękne!
Co jeszcze mogę napisać? Może to, że przygoda wciąż trwa.
Zwykle piszę po podróży. Ale tym razem emocje były zbyt silne, żeby czekać. Ta historia musiała zostać zapisana – zanim zdąży się ulotnić, jak tropikalny zachód słońca nad oceanem.”






Dziękuję za wspaniały relaks sieci hoteli na Mauritiusie Beachcomber, a w szczególności hotelowi Victoria Beachcomber, który sprawił że poczułam się jak w raju!


Historia pisana falami
