Uzbekistan młody kraj o starej duszy

Jak opowiedzieć o kraju, który formalnie istnieje dopiero od 1991 roku, a jednak jego ziemie pamiętają czasy, gdy w Europie nie śniło się jeszcze o wielkich miastach?

To jak opowiadać o młodym aktorze, który właśnie wszedł na scenę – ale ta scena pamięta najstarsze przedstawienia świata. On jest nowy, ale deski pod jego stopami mówią językiem wieków.

Uzbekistan nie jest więc nowym krajem – to nowe imię dla jednej z najstarszych scen świata, na której przez wieki rozgrywały się epickie historie.

To tutaj stąpali najwięksi zdobywcy – Aleksander Wielki, Czyngis-chan, a także Tamerlan… Ten ostatni, choć miał mongolskie korzenie, stworzył imperium, którego ślady nadal zdobią ziemie Uzbekistanu. Dzięki arabskim wpływom rozkwitła tu architektura tak zachwycająca, że nie sposób oderwać wzroku. Błękit glazury, hipnotyczna geometria mozaik, cienie rzucane przez minarety… to wszystko sprawia, że aparat fotograficzny staje się nieodzownym towarzyszem podróży.

Taszkent – zaskakujący początek

Nasza przygoda zaczęła się w Taszkencie – mieście, które nie porwało nas od razu. Ale czasem piękno czai się pod powierzchnią. Monumentalne stacje metra – zdobione marmurem, z detalami godnymi pałaców – przenoszą podróżnika w zupełnie inny świat. Tam, pod ziemią, Uzbekistan mówi: „Zaczekaj, to dopiero początek”

Jedwabny Szlak i Samarkanda

Potem, szybkim pociągiem – w miejsce dawnych karawan – wjechaliśmy w pętlę Jedwabnego Szlaku. Tę mistyczną arterię handlu, która przez stulecia łączyła Chiny z Indiami i światem arabskim. I wtedy pojawiła się Samarkanda.

Miasto, które nie pozwalało nam zasnąć. Muzyka, śmiech, zapachy przypraw, uśmiechy sprzedawców – nie nachalnych, a serdecznych i ciekawych naszej obecności. Gdy zamykam oczy, wciąż widzę spojrzenia ludzi, światła odbijające się od kopuł, i słyszę gwar sklepików ukrytych w medresach. Samarkanda hipnotyzuje. Zostaje w duszy na zawsze.

Szczególnie zapamiętamy pokaz światła i dźwięku przy placu Registan – widowisko pełne dumy i patosu, które niemal się nie odbyło. Prąd co chwila gasł, a my siedzieliśmy w niepewności – czy to tylko chwilowy problem, czy może spektakl się nie rozpocznie? A jednak – ruszył. A gdy już ruszył, stał się patriotyczną Odyseją: opowieścią o wielkości dawnej Samarkandy, o Tamerlanie i imperium, o przeszłości, która – tu – wciąż żyje światłem na fasadach medres.

Nuratau – cisza, która mówi więcej

Z dala od świata „Setek miraży” – pełnego błękitnych kopuł, lśniących mozaik i minaretów strzelistych jak sny dawnych kupców – trafiliśmy w miejsce, które zachwycało zupełnie inaczej. Góry Nuratau. Wieś ukryta między zboczami, gdzie życie jest proste, a właśnie przez to – tak poruszające.

Nie mogliśmy wyjść z podziwu, że gospodyni, z uśmiechem pełnym gościnności, nie miała nawet obieraczki – a mimo to w jej kuchni powstawały smaki, które zostaną z nami na długo. Razem ugotowaliśmy plov. Na spacerze największe emocje budziły nie zabytki, lecz… osiołki. Dumnie stąpające po piaszczystych ścieżkach, jakby znały każdy zakręt tej doliny.

Dzieci – nieśmiałe, nienachalne – z czasem same zaczynały nas wypatrywać. Zachęcaliśmy je do zabawy. Graliśmy razem w badmintona, a śmiech i cała ta zabawa przypominały nam nasze własne dzieciństwo.

Mały wielki trekking

Kiedy przyszło wyzwanie – trekking przez pasmo górskie Nuratau – niektórzy potraktowali go jak przyjemny spacer. Dla innych był to prawdziwy sprawdzian. Każdy krok na stromym zboczu, każdy oddech w rozrzedzonym powietrzu był jak osobisty triumf. Pociliśmy się, śmialiśmy, wspieraliśmy – bo choć trasa nie była bardzo długa, upał nie miał litości.

Towarzyszyły nam owce – wyjące w niebogłosy, jakby dopingowały naszą małą ekspedycję. W końcu dotarliśmy na miejsce – zmęczeni, ale szczęśliwi. Zwycięzcy wędrówki, która pokazała, że każdy ma swoją górę do zdobycia.

Ci, którzy zostali w domostwie, nie żałowali. Odpoczywali na supach – tradycyjnych, drewnianych werandach, z których rozciągał się widok na całe pasmo. Herbaty smakowały tam inaczej. Czas zwalniał. A Uzbekistan, raz jeszcze, otworzył przed nami nowy rozdział – mniej barwny niż miasta „Setek miraży”, ale równie głęboki.

Jezioro Aydar – chłodna nagroda

No i w końcu nadeszła ta chwila – wyczekiwana z niecierpliwością przez naszych najmłodszych towarzyszy. Skok do chłodnej, słonej wody jeziora Aydar był dla nich jak nagroda po kilku gorących dniach spędzonych w Uzbekistanie.

Zjedliśmy przy stole, choć miałam wielką ochotę usiąść po turecku na supie i poczuć się jak miejscowi –z widokiem na wodę i bez pośpiechu

Jurty – marzenie z pustyni

No i w końcu przyszedł czas na wyczekiwaną noc w jurcie. Jeszcze przed wyjazdem, oczami wyobraźni widzieliśmy ten dzień – chcieliśmy choć przez chwilę poczuć się jak dawni wędrowcy Jedwabnego Szlaku. Jak wygląda życie na pustyni? Co to znaczy spać w jurcie? Ile w tym przygody, a ile legendy?

Dzień był piękny. Jedną z największych atrakcji okazały się przejażdżki na wielbłądach – spokojne, rytmiczne, trochę zabawne, ale i wyjątkowe. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, a pustynia nabierała ciepłych kolorów.

Sama jurta? Trochę nas rozczarowała. Miejsce było autentyczne, krajobraz wokół zapierał dech – ale kolacja i ognisko miały bardziej turystyczny niż magiczny charakter. Było wielu gości, wspólny stół, zorganizowane ognisko. Po raz pierwszy w Uzbekistanie przydała się kurtka, bo wieczór był wietrzny i chłodny.

Niebo – rozgwieżdżone jak w bajce. Bard śpiewał pięknie, czysto, ale bardzo krótko. Może to właśnie ta ulotność sprawiła, że jego głos został w nas na długo.

A potem nadeszła noc w jurcie. Wnętrze zachwycało – dywany, kolory, porządek. Pościel była estetyczna i świeża, choć bez zapachu, który moglibyśmy zapamiętać. Jedynie materac mógłby być trochę miększy – może wtedy lepiej byśmy się wyspali. Ale w podróży nie zawsze jest wygodnie.

I właśnie dlatego ta noc zostanie z nami na długo – jako fragment marzenia, które wydarzyło się naprawdę.

W drodze do Buchary – szlakiem dawnych karawan

No i ruszyliśmy w drogę – do Buchary, miasta Jedwabnego Szlaku, jednej z jego największych pereł. Pośród pustynnych krajobrazów, w upale dnia, można było niemal poczuć powolny rytm dawnych karawan, które przed wiekami przemierzały te same szlaki.

Po drodze zatrzymaliśmy się przy ruinach dawnego karawanseraju – jak niegdyś wędrowcy i handlarze. Cień rzucany przez kamienne łuki dawał chwilę wytchnienia, a wyobraźnia sama dopisywała obrazy wielbłądów, tobołków, gwaru i zapachu przypraw.

Z ciekawością przyglądaliśmy się też sadobie – niepozornej, ale bardzo sprytnej budowli, która służyła do gromadzenia wody. W tej surowej krainie każda kropla była cenna. Karawanseraje wraz z sadobami rozmieszczano co 30–40 kilometrów – czyli tyle, ile karawana była w stanie pokonać w jeden dzień. To właśnie te miejsca tworzyły kręgosłup Jedwabnego Szlaku – pozwalały przetrwać podróż i dotrzeć do miast, które pachniały handlem, wielokulturowością i opowieściami.

Chwila nad Amu Darią – rzeka, która karmiła imperia i zniszczyła morze

Zanim dotarliśmy do Buchary, zatrzymaliśmy się jeszcze nad jedną z najważniejszych rzek Azji Środkowej – Amu Darią. To właśnie ona, od wieków, była źródłem życia dla całego regionu. Jej wody zasilały pola, miasta, ogrody i ludzkie marzenia. Dzięki niej pustynia w wielu miejscach zmieniała się w żyzne ziemie.

W czasach Związku Radzieckiego Amu Daria została jednak poddana bezprecedensowej eksploatacji – jej wody kierowano masowo na pola bawełny, której uprawy stały się gospodarczym priorytetem. Pola kwitły, ale rzeka słabła. I tak – stopniowo, niemal niezauważalnie – zaczęła się jedna z największych katastrof ekologicznych XX wieku.

Morze Aralskie, które przez wieki było ogromnym jeziorem – niemal jak wewnętrzne morze – zaczęło znikać. Najpierw cofała się linia brzegowa, potem pojawiły się solne pustynie, a dziś… zostały po nim tylko fragmenty. Miejscami suchy piach, miejscami toksyczne błoto. W miastach portowych, gdzie niegdyś cumowały statki, dziś stoją zardzewiałe wraki – pośrodku pustkowia.

Patrząc na spokojny nurt Amu Darii, trudno wyobrazić sobie, że ta rzeka – tak cicha i leniwa – odegrała tak dramatyczną rolę. Ale właśnie to jest Uzbekistan. Kraj kontrastów. Kraj, gdzie piękno zawsze idzie w parze z historią – nawet tą najtrudniejszą.

Buchara – początek naszej wędrówki

Zwiedzanie magicznej Buchary rozpoczęliśmy w wyjątkowym miejscu – w domu Frayzulli Khodjajewa, ważnej postaci w historii Uzbekistanu i jednego z liderów ruchu reformatorskiego dżadidów. Już od progu oczarowały nas misternie zdobione ściany, intensywne kolory i dziesiątki detali, które opowiadają historię życia zamożnej bucharskiej rodziny z przełomu XIX i XX wieku. W tradycyjnych strojach, wśród drewnianych ław, kolorowych poduszek i miękkich dywanów mogliśmy poczuć się jak goście z dawnych czasów.

Wieczorem każdy z nas wyruszył już własnym tempem w labirynt wąskich uliczek starego miasta. Jedni zasiedli przy czaju pod rozłożystym morwowym drzewem, inni wsłuchiwali się w dźwięki z pobliskiego meczetu. Miasto otulało nas ciepłem i spokojem – to był wieczór, który zapada w pamięć nie obrazem, lecz nastrojem.

Kolejny dzień zaczęliśmy od spokojnej wizyty przy jednym z najstarszych miejsc Buchary – ceglanego mauzoleum, ukrytego wśród zieleni. Ciche, harmonijne, z dala od zgiełku – wprowadziło nas w refleksyjny nastrój i dało pierwsze wrażenie miasta, które opowiada historię nie przez słowa, lecz przez przestrzeń.

Później przeszliśmy w stronę cytadeli. Jej potężne mury robią wrażenie – dawniej była to siedziba emirów, dziś przypomina raczej o przemijaniu potęgi i o tym, jak wiele warstw historii skrywa to miasto.

Tuż obok czekał meczet piątkowy – chłodny, przestronny, z rzędem rzeźbionych kolumn i spokojnym dziedzińcem, na którym aż chciało się przysiąść na chwilę.

Po południu weszliśmy w serce starego miasta, gdzie od wieków góruje smukły minaret. Wznosi się wysoko nad dachami, widoczny z niemal każdego miejsca w okolicy – niegdyś wskazywał drogę kupcom i pielgrzymom, dziś przyciąga wzrok podróżników z całego świata.

Z tym miejscem związana jest pewna legenda – mówi się, że gdy Bucharę zdobył Dżyngis-chan, stanął właśnie pod tym minaretem. I choć znany był z bezwzględności, to podobno właśnie tu… się schylił. Spadła mu czapka i wszyscy wojownicy jak on schylili się przed minaretem. Może to tylko legenda, ale pozwala spojrzeć na to miejsce z innej perspektywy – jako na coś, co budziło respekt nawet u największych zdobywców.

Wieczór z uzbecką gościnnością

Tego wieczoru czekała na nas miła niespodzianka – zostaliśmy zaproszeni przez organizatora na kolację w tradycyjnym uzbeckim domu. Gospodarze przyjęli nas z dużą serdecznością, a stół zachwycał kolorami i bogactwem smaków. Na początek podano zupę, potem pojawiły się domowe pierożki i inne regionalne dania, których nazwy trudno zapamiętać, ale smak – na długo zostaje w pamięci.

Cała kolacja odbyła się w ciepłej, rodzinnej atmosferze. Był czas na rozmowy, uśmiechy i wspólne przeżywanie uzbeckiej codzienności. To był wyjątkowy moment naszej podróży – pełen prostoty i autentyczności.

Nie sposób nie wspomnieć o pokazie tradycyjnych tańców uzbeckich, który odbył się w zabytkowej przestrzeni pełnej świateł i muzyki. W pamięci najbardziej zapadł nam jednak elegancki pokaz mody – kobiety w pięknych, ręcznie haftowanych szatach przechadzały się z gracją, ukazując bogactwo tkanin i kolorów. To było połączenie sztuki, tradycji i dumy narodowej, które urzekło nas wszystkich.

Chiwa – baśniowe miasto o świcie

Chiwa od razu zrobiła na nas ogromne wrażenie. Otoczone murami stare miasto, Itchan Kala, wygląda jak z baśni – z błękitnymi kopułami, wysokimi minaretami i wąskimi uliczkami. Zwiedzaliśmy w upale, zmęczeni, ale zachwyt był silniejszy niż bolące nogi.

Pierwszego wieczoru, już po przyjeździe, zasiedliśmy na kolacji na tarasie jednej z restauracji. Jedzenie było pyszne, a zachód słońca nad dachami starego miasta stworzył prawdziwie magiczny klimat.

Najpiękniejszy moment przyniósł jednak poranek dnia następnego. Wstaliśmy jeszcze przed świtem, żeby zobaczyć wschód słońca nad Chiwą. Przekroczyliśmy mury Itchan Kala i weszliśmy w zupełnie puste uliczki – ciche, chłodne, jakby zatrzymane w czasie. Umówieni byliśmy z dozorcą, który miał otworzyć dla nas wejście na mury. Ale nie pojawiał się… Czekaliśmy w napięciu, coraz bardziej niepewni, czy w ogóle wstanie i dotrzyma słowa.

W końcu – pojawił się. Zaspany, ale przyszedł. Otworzył bramę i wprowadził nas na górę.

Wschodzące słońce powoli oświetlało miasto – złociło wieże, kopuły i dachy. Fotografowaliśmy z zapałem, starając się zatrzymać ten niezwykły moment.

Tego dnia wielu z nas założyło tradycyjne uzbeckie czapki – białe, czarne, z karakułu. W Uzbekistanie to coś więcej niż nakrycie głowy – to symbol pochodzenia, tożsamości i lokalnej dumy. Dla nas były też symbolem poranka, którego długo nie zapomnimy.

Pożegnanie z Uzbekistanem

No i nastał koniec. Po dniach pełnych wrażeń, widoków, zapachów i smaków trzeba było wsiąść do samolotu. Wystartowaliśmy z Urgenchu – miasta, w którym urodziła się Anna German. To właśnie jej piosenka „Człowieczy los” grała nam w myślach, kiedy patrzyliśmy przez okna na płaski, rozgrzany step.

Lot do Taszkentu trwał krótko. A potem – przyszło pożegnanie. Z krajem, który nas zaskoczył gościnnością, pięknem i spokojem. Z miejscami, które mają swoją duszę. Z ludźmi, którzy zostali w naszych wspomnieniach.

Zamknęliśmy tę podróż z wdzięcznością i lekkim niedosytem – takim, który każe myśleć: może jeszcze kiedyś tu wrócimy.

Dodaj komentarz