Pierwsze chwile w Stambule – gwar, zapach mięty, nawoływania muezinów i uczucie, że jesteśmy w zupełnie innym świecie.
I choć byliśmy trochę zmęczeni po podróży, coś w tym mieście natychmiast nas obudziło.

Zwiedzanie zaczęliśmy od Błękitnego Meczetu, ale już po chwili stania w kolejce uznaliśmy, że nie mamy na to siły. Spróbowaliśmy wejść od strony wyjścia. Tam spotkaliśmy pewnego sprytnego Turka, który najpierw trochę się na nas wydarł, a potem – z uśmiechem – wprowadził nas na dziko do środka, z zastrzeżeniem, że po wszystkim mamy odwiedzić jego sklep.
Cóż, słowo się rzekło – zwiedziliśmy meczet, po czym kupiliśmy u niego lokum (pyszne słodycze) Śmialiśmy się, że to cena za „darmowe” wejście, ale również fajne doświadczenie.










Potem ruszyliśmy do perły Stambułu Hagia Sophia. Tam czekała nas kolejka, ale i spotkanie z przesympatyczną parą Polaków. Dzieliliśmy się doświadczeniami i radością z odkrywania tego miasta – niby chaotycznego, a jednak wciągającego.












Wieczorem włóczyliśmy się uliczkami, wypiliśmy pierwszą turecką kawę przy Galata Tower, a potem herbaty – parzone w małych szklaneczkach, serwowane z urokiem i serdecznością. Na ulicach kobiety w burkach dodawały uroku tej scenerii, w której czuć było Orient, czas i trochę melancholii










Kapadocja – dzień zaczęty o świcie i zakończony kurzem na policzkach
Do Kapadocji przylecieliśmy prosto z zatłoczonego Stambułu. Nasz hotelik był jaskiniowy – maleńki pokój, ale ogrom wrażeń za drzwiami. Na pierwszy dzień nic nie planowaliśmy – jedliśmy powoli, zachwyceni tym, jak Testi kebab podawany w rozbijanej glinianej amforze może smakować lepiej niż niejeden wystawny obiad.




Kolejnego dnia budzik zadzwonił o 3:30. Wyruszyliśmy na lot balonem – podekscytowani, trochę zaspani. Było chłodno, ale herbatka rozgrzewała dłonie, a serce biło mocniej z każdą sekundą. A potem – niebo zapełniło się kolorowymi balonami. Kapadocja z góry wyglądała jak z baśni. 150 balonów unoszących się w rytmie świtu. Kobiety w czerwonych sukniach pozowały w dolinach, światło tańczyło po skałach.
Po wylądowaniu – szampan, śmiech, a potem powrót na krótką drzemkę.
Ale nie na długo.
Po śniadaniu ruszyliśmy na trekking po Dolinie Gołębi – i faktycznie, gołębi nie brakowało. Dolina ciągnęła się spokojnie, aż w końcu wspięliśmy się do zamku Uçhisar, po drodze zatrzymując się na lunch na tarasie z widokiem na zamek.
Po krótkim odpoczynku wskoczyliśmy do basenu, żeby złapać oddech po upale, a już o 17 wsiedliśmy na quady. Pędziliśmy z wiatrem we włosach i pyłem na twarzy przez kolejne doliny:
najpierw Dolinę Miłości, potem Dolinę Mieczy, dalej Różową i w końcu Czerwoną – każda z nich inna, każda jak z innej planety. Skały mieniły się pomarańczem, zachód słońca podświetlał krajobraz, jakby Kapadocja była planem filmowym.
To był dzień od wschodu do zachodu. Dosłownie.












⸻
Pod ziemią i pośród ludzi
Kolejnego dnia ruszyliśmy na tzw. zieloną wycieczkę – nazwa wzięła się od doliny, którą porastały drzewa, zupełnie inne niż wszystko, co wcześniej widzieliśmy.
Dotarliśmy do starej wioski, gdzie domy wykuwano w skale. Ale najciekawsza była wizyta w jednym z siedmiu podziemnych miast. Labirynty, tunele, pokoje, kuchnie, szyby wentylacyjne i pułapki na wroga. Przewodniczka opowiadała z pasją i humorem, a my z każdą minutą byliśmy coraz bardziej zanurzeni w tej historii.
W grupie były dwie Egipcjanki, które zrezygnowały z wejścia z powodu klaustrofobii, oraz nauczyciele z USA mieszkający w Katarze. Fajne rozmowy, fajni ludzie – to też część tej podróży.






Stambuł po raz drugi – z powrotem do siebie
Po powrocie do Stambułu czuliśmy się, jakbyśmy wrócili do znajomego miejsca. Ten sam hotelik, znajome twarze – i wieczorny rejs po Bosforze z poznanymi wcześniej znajomymi.
Taniec derwiszy był zachwycający, widoki piękne… ale wszystko inne? Jedzenie – dramat. Muzyka – ogłuszająca. Oprawa – kiczowata. A do tego ciągłe prośby o napiwki – nawet za bębny, nie tylko za taniec brzucha.
Byliśmy zmęczeni znużeni i… trochę rozczarowani
Rada? Kupujcie luksusowe rejsy albo zwykłe przeprawy promem. Tylko nie te „pośrodku”.










Jeszcze jeden dzień!
Przeprawiliśmy się promem na azjatycką stronę Stambułu – i tam, zupełnie niespodziewanie, poczuliśmy się… swojsko.
Zjedliśmy mule i sardynki, kupiliśmy herbatę i drobiazgi dla bliskich. Bez tłumów, bez presji, bez naciągania. I tu najważniejsze:
Nie kupujcie nic na Wielkim Bazarze – to przygoda, nie zakupy. Na spokojne łowy przyjedźcie tu – na azjatycką stronę, gdzie można zgubić się w uliczkach, poczuć zwykłe życie i naprawdę odpocząć.
















I tyle.
Najczystsza w życiu. Hammam po raz pierwszy
Po tylu intensywnych dniach w podróży przyszedł czas na coś zupełnie innego – pierwszy w życiu hammam. Byliśmy w Stambule, a wnętrze łaźni od razu zrobiło wrażenie: kamienne ściany, półmrok, para unosząca się w powietrzu… Wszystko miało w sobie coś z rytuału.
Zaczęło się sauny, a potem kąpiel w ciepłej sali, – jeden etap po drugim – przenosili nas w inny wymiar. Peeling całego ciała – dokładny, mocny, ale przyjemny. Potem kąpiel w pianie – nie zwykła, nie domowa, ale taka, która przypominała dzieciństwo i jakąś bańkową ceremonię. Całe ciało było szorowane bąbelkami, które sprawiały, że czuliśmy się najczyściej w życiu.
Na koniec masaż – powolny, relaksujący, ale z charakterem. Był dotyk, był nacisk, była refleksologia stóp, która zostawiła nas z uczuciem, jakby ktoś wyprasował nie tylko mięśnie, ale i emocje. Na twarzach – maseczka, na ustach – uśmiech.

Wyszliśmy stamtąd lekko zamgleni od ciepła, ale niesamowicie odświeżeni – fizycznie i psychicznie.
To nie była zwykła kąpiel. To było doświadczenie.
Turecka podróż, która była pełna kolorów, ludzi, smaków i sytuacji, które czasem bawiły, czasem zaskakiwały, a czasem… po prostu denerwowały. Ale zostaną z nami na długo. Bo w tej podróży wszystko było trochę inne. I właśnie przez to – absolutnie wyjątkowe.
Nawet to, że samolot wyleciał z opóźnieniem – dał nam jeszcze 10 godzin w Stambule.
Kilka dodatkowych godzin tułaczki po tym mieście, gdzie Europa spotyka Azję.










