Nie latałam, ale czułam wszystko (Macedonia wyjazd paralotniowy)

Wszystko zaczęło się w Kruszewie – małym, górskim miasteczku w Macedonii.

Miejscu, gdzie spotkali się ludzie połączeni jedną pasją – lataniem. Paralotniarze z różnych stron, umówieni na wyprawę marzeń. Bo Kruszewo to miejsce, gdzie niemal codziennie można wzbić się w powietrze, a warunki są tak dobre, że odbywają się tu międzynarodowe zawody.

Razem z Magdą woziłyśmy ekipę z lądowiska na start – dzień po dniu, w górę i w dół. I choć nie latałam, przeżywałam wszystko równie mocno. Stojąc na dole, patrząc w niebo – czułam każdy lot. Serce biło mocniej, czasem ze strachu, czasem z zachwytu. Wśród paralotniarzy był mój mąż.

A same loty? Były absolutnie widowiskowe.

To nie były zwykłe starty i lądowania – to było unoszenie się nad światem. Nad dolinami, lasami i dachami Kruszewa. W jednej chwili znikali z widoku, by po chwili pojawić się jak ptaki zawieszone w bezruchu, wysoko nad linią grzbietów.

Widok zapierał dech – nie tylko im, w powietrzu, ale nam – patrzącym z dołu.

Kolorowe skrzydła przecinały błękitne niebo, a ciepłe powietrze unosiło ich ponad wszystko. Tańczyli razem w kominie jak na jakiejś karuzeli. Kruszewo dawało wolność – prawdziwą, czystą, bez granic.

Było gorąco. Czasem bardzo ciężko.

Słońce paliło bez litości. Bywało, że zmęczenie wyciskało z nas ostatnie siły – fizycznie i emocjonalnie. Ale wiedziałyśmy, że czeka nas nagroda.

Wieczorami zjeżdżaliśmy do tej samej knajpy.

Małej, swojskiej, bez filtra. W środku na tarasie słabo wyczuwalny dym papierosowy, choć palili prawie wszyscy i psy pod stołami  oraz ludzie, którzy wyglądali, jakby czas się tu zatrzymał. Palili, rozmawiali, byli obecni – bez pośpiechu, bez telefonów, jakby świat na zewnątrz nie istniał.

Na stole pojawiała się szopska sałatka, kebaby na metalowych patykach, duszone mięsa, grillowane macedońskie specjały – wszystko aromatyczne, domowe, genialne.

My piłyśmy białe wino Aleksandria – schłodzone, delikatne, idealne na zakończenie dnia.

I choć byliśmy tylko gośćmi – przez te kilka wieczorów staliśmy się częścią tego miejsca.

A potem – po kilku dniach lotów, zmęczenia i słońca – ruszyliśmy dalej nad Jezioro Ochrydzkie.

A loty nad Jeziorem Ochrydzkim? Były jak z innego świata.

Z tej wysokości widać było nie jedno, lecz dwa jeziora – tafle wody rozlane między górami, odbijające niebo jak lustra.

Jezioro Ochrydzkie – szerokie, głębokie, otwarte – dominowało krajobrazem swoją spokojną potęgą.

A za granią, bardziej dzikie i ukryte – Jezioro Prespa.

Wcinało się w naturę jakby delikatnie, cicho – jego kształt bardziej nieregularny, organiczny, jakby rozlany wśród zielonych wzgórz.

Z lotu ptaka wszystko to wyglądało jak bajka – przestrzeń, która oddycha.

To był moment, kiedy naprawdę czuło się, że niebo i ziemia spotykają się dokładnie tam, gdzie jesteś.

Ja nie latałam.

Ale słuchałam.

Wracali i opowiadali – z wypiekami na twarzy, z oczami pełnymi tego, czego nie da się zatrzymać w zdjęciu.

Ich słowa malowały obrazy: cisza w powietrzu, przestrzeń, która nie ma granic, i to uczucie, że jesteś częścią czegoś większego.

Słuchając ich, widziałam te dwa jeziora – tak, jakby na chwilę przemówiły także do nas

Lot Damiana i Agaty nad Jeziorem Ochrydzkim

Wspaniała restauracja tuż nad wodą serwowała grillowane ryby po ochrydsku, a tuż obok rozciągała się krystaliczna, chłodna tafla jeziora, która koiła wszystko – ciało, myśli, emocje.

Wreszcie odpoczęłyśmy.

Z widokiem na spokojną wodę, kąpiąc sie, z winem i ciszą. Z poczuciem, że wszystko to – wysiłek, gorąco, zmęczenie, śmiech, dym i wiatr – miało sens.

W każdej podróży — obok zachwytów i śmiechu — zdarzają się też momenty, które wystawiają nas na próbę. Czasem przez zmęczenie, czasem przez różnice w charakterach, czasem po prostu przez intensywność wspólnego bycia.

To także część drogi. Uczy nas wyrozumiałości – i wobec innych, i wobec siebie.

Macedonia – a właściwie Macedonia Północna – to kraj, którego nazwa sama w sobie ma historię.

Dodatek „Północna” to efekt wieloletniego sporu z Grecją, która także ma swoją Macedonię. Grecy nie godzili się na dzielenie tej nazwy, stąd kompromis.

Ale nazwa to tylko słowo – bo prawdziwa Macedonia kryje się w widokach, smakach i ludziach.

Nie ma tu morza – ale zapewniam was, woda Jeziora Ochrydzkiego zastąpi je z nawiązką.

Orzeźwiająca, przejrzysta, idealna na schłodzenie po upalnym dniu. A gdy usiądziesz na brzegu, z nogami w wodzie i patrzysz na słońce zachodzące za górami – rozumiesz, że więcej nie trzeba.

A jeśli będziecie mieli chwilę – odwiedźcie też:

Klasztor św. Nauma – biały, spokojny, otoczony zielenią, z magicznymi źródłami rzeki wypływającymi spod ziemi. Muzeum na wodzie – Bay of Bones – rekonstrukcja osady sprzed 3000 lat, zbudowanej na jeziorze. Trochę jak macedońskie Malediwy, tylko z duszą i historią. Park Narodowy Galiczica – góry między dwoma jeziorami, z widokiem, który zostaje w pamięci na zawsze. Kanion Matki pod Skopje – z turkusową wodą i klasztorami ukrytymi w skałach. I Kruszewo – na zawsze. Bo od tego miejsca wszystko się zaczęło.

Dodaj komentarz