W Marcha nasz przewodnik zaprowadził nas do człowieka, który kiedyś był bardzo ważną osobą w miasteczku.
Bhakti — tak ma na imię. Ma siedemdziesiąt pięć lat i mimo choroby Parkinsona wciąż bije od niego spokój i godność.
Kiedyś pomagał wszystkim himalaistom przygotować się do ich największych wypraw. Znał ich marzenia, lęki, słabości. Wspierał ich, zanim ruszyli zdobywać swoje życiowe szczyty.
Spotkanie zaczęło się od przemiłego, jak to w Nepalu, „posiedzenia”. Zostaliśmy ugoszczeni jabłkami przez jego żonę — świeżymi, soczystymi, pachnącymi górami. Tymi, które rosną w sądach miasteczka. Widać było, że czekali na nas. W ich spojrzeniach było coś wzniosłego, jakby to nie był zwykły dzień.


– Skąd jesteście? – zapytał Bhakti, z lekkim drżeniem w głosie.
– Z Polski – odpowiedział mój mąż.
Bhakti zamyślił się, po czym uśmiechnął.
– Z Polski… naprawdę? Miałem kiedyś przyjaciela Polaka. To było dawno… nie pamiętam już, jak się nazywał…
I wtedy nagle, jakby ktoś uchylił drzwi pamięci, Bhakti wyszeptał:
– Jerzy Kukuczka.
Zrobiło się cicho. Spojrzałam na męża – miał łzy w oczach. Ja też płakałam.
W tamtym momencie przeszłość i teraźniejszość spotkały się w małym domu w Himalajach.
Bhakti przyniósł swój stary notes – zapisany drobnym pismem, pełen wpisów i dedykacji himalaistów z całego świata.
Przeglądaliśmy go z nabożnym skupieniem. Każda strona była jak ślad ludzkiego marzenia, jak echo głosu kogoś, kto kiedyś stanął na szczycie.
Wyszliśmy wzruszeni, w ciszy, z jabłkami w plecakach.
To było jedno z tych spotkań, które zostają z człowiekiem na zawsze.
Dotknęłam nieba!








