Basia opowiadała nam dzisiaj podczas jogi. Leżałyśmy w grocie solnej, wszystkie trochę zmęczone, wszystkie trochę gdzie indziej, a jednak razem. I Basia zaczęła snuć opowieść o Sokotrze. O tej pięknej, dziwnej wyspie na końcu świata, która podobno pachnie inaczej niż wszystko, co znamy. Właśnie z niej wróciła.

I nagle widzę to wszystko jej oczami.
Było gorąco. Tak gorąco, że powietrze stało w miejscu, a człowiek czuł każdy krok jakby od środka parował. Było różnie – raz słońce paliło tak, że nie dało się mrugnąć, innym razem chowało się za chmurami ciężkimi jak myśli po długiej podróży. Noce bywały całkiem czarne, jakby ktoś wyłączył światło na całej wyspie. A czasem odwrotnie – gwiazdy takie, że nawet się nie chciało spać, tylko patrzeć.




Spali w jednoosobowych namiotach. Wygodnie, choć z tym uroczym elementem – żeby wejść, trzeba się było wczołgać. Basia śmiała się, że pół jej nóg zawsze zostawało na zewnątrz, wystawionych na piasek i niebo. „I widziałam morze” – powiedziała. I w tej sekundzie usłyszałam jej głos tak, jakby znów siedziała tam, na Sokotrze, z bosymi stopami w arabskim piasku, z myślami rozbieganymi po horyzoncie
.


Morze Arabskie ją pokochało. Kąpała się w nim dużo, jakby szukała wody, która potrafi zmyć z człowieka cały ciężar świata. Ocean Indyjski – ten większy, groźniejszy – był, ale kąpali się nim rzadziej.

Były delfiny. Skaczące, szybkie, takie które pojawiają się i znikają, zanim zdążysz pomyśleć „ojej”. Były sępy – wielkie, poważne. A nie było robaków, co Basia podkreślała z cudowną ulgą, bo przecież każdy ma swoją małą granicę egzotyki.
No i były kozy wszędzie i też na talerzu Kozina smakowała niektórym Basia nie mogła jej przełknąć choć od niedawna je już mięso.

Było przepięknie. I było inaczej.







⸻
Na Sokotrze mówi się językiem, który brzmi jak szelest kamieni – sokotrian. Mieszka tam zaledwie 60 tysięcy ludzi. Skromnie, jakby w zgodzie z tym, że świat może być prosty, jeśli się mu na to pozwoli. Domy – jeśli już są – stoją z kamienia, twarde i jasne. Drogi? Szutrowe. Nie prowadzą donikąd, raczej towarzyszą ludziom. Bo tutaj chodzi się pieszo. Pieszo do wioski. Pieszo do sąsiada. Pieszo w góry.
Góry są wysokie, najwyższy szczyt dochodzi do około 1500 metrów. Wchodzi się długo, czasem mozolnie, zwłaszcza przy 35-stopniowym upale.Ale Basia mówiła o tym tak, jakby wspominała coś pięknego – bo zmęczenie na tej wyspie ma w sobie sens.










Odwiedzili też jaskinie. A jaskiń jest tam pięćdziesiąt – Basia była w trzech. W jednej z nich mieszkał człowiek, który żywił się tylko rybami. W jego oczach – tak opowiadała – było coś starego jak ocean, a w śmiechu coś bardzo współczesnego, jakby śmiał się z nami, a nie po sobie. Mówił o życiu. Mówił dużo. Ona słuchała. I czuła się… inaczej.

Takie spotkania nigdy nie zostają tylko na wyspie.
⸻
Wyjazd był piękny, ale nie był bajką. Basia mówiła tez o miłości , która tam się narodziła, ale szczegóły będą tylko tajemnicą.A jednocześnie – jak to w życiu – miała też kłopot. Jedna turystka skręciła kolano. Szpital na Sokotrze – przeżycie samo w sobie. Trochę strachu, trochę improwizacji, dużo ludzkiej siły. „Dużo się nauczyłam” – powiedziała Basia. A ja wierzę, bo takie miejsca uczą szybciej niż kursy i podręczniki.
Turystka okazała się niesamowicie dzielna. Noszona na stoleczku przez lokalsow, troszczona przez ludzi z grupy – bo podróż to wspólnota, która rodzi się z piasku, potu i drogi.
A ludzie na wyspie? Prości, serdeczni. Dzieci – jak zawsze na świecie – najpiękniejsze. Dziewczynki uśmiechnięte, ciekawskie. A kobiety – ubrane na czarno, zgodnie z zasadami islamu. Widać było tylko oczy. Odwracały wzrok, jakby ich świat istniał tuż obok, ale wciąż trochę za mgłą.
⸻
Codziennie zmieniali miejsce. Codziennie rozkładali obóz na nowo. Ryby na ognisku, śmiech, historie. Bez alkoholu – poza tym, który zabrali ze sobą, bo tu nie ma takich rzeczy. Islam to nie tylko religia, to rytm wyspy.
I były drzewa smocze – te, które wyglądają jak odwrócone parasole, jak rysunki z dziecięcej wyobraźni. Poszli do nich, jakby szli do czegoś świętego. Może trochę tak było.
Sokotra zostaje z człowiekiem. Tak Basia mówiła. I ja wierzę, bo widziałam to w jej oczach.
To nie jest wyspa, którą się po prostu odwiedza. To wyspa, która zapisuje się w środku.
Mała, oddzielona od Jemenu, niby jemeńska, ale jednak autonomiczna, osobna. Unikatowa na skalę świata.
⸻
A potem — wróciłyśmy do naszej rzeczywistości. Maty, cisza po praktyce, głębszy oddech. Basia wstała, poszła do swojej torby i wróciła z małym skarbem.
Przywiozła nam daktyle prosto z Sokotry.
Każda z nas dostała po jednym — takim niepozornym, brązowym, miękkim. Ugryzłam i… smakował jak krówka. Jakby ta wyspa, cała ta jej surowość i piękno, nagle stopiła mi się na języku.
I pomyślałam, że właśnie w taki sposób Sokotra weszła na naszą jogę.
Przez tę jedną słodycz, przez opowieść, przez obecność Basi — pilotki i joginki, która tam, na tej wyspie, zrobiła jedyną praktykę jogi w miejscu, gdzie nikt jogi nie ćwiczy.
Zakończenie zajęć było niezwykłe. Miłe. Ciche. Jak domknięcie podróży, której nie odbyłam — a jednak ją poczułam.
Bo czasem wystarczy jeden daktyl, jedna historia i jedno spojrzenie przyjaciółki, żeby przenieść się na wyspę, która wchodzi pod skórę.
