Nosorożec wyszedł na drogę, kiedy już pogodziłam się z porażką. Nepal lubi nagradzać cierpliwych.

Pierwszy oddech Katmandu
Wylądować w Katmandu to trochę jak znaleźć się na innej planecie. Nie chodzi jednak tylko o krajobraz – choć i on jest zachwycający. Już podczas lądowania widać w oddali góry, a wśród nich dziesięć z czternastu najwyższych ośmiotysięczników świata. Tylko pozostałe dwa leżą na terenie Pakistanu. A może powinnam napisać – stoją dumnie?






Katmandu otwiera drzwi do świata pełnego mistycyzmu i hinduizmu. Świata kadzideł, mantr i świętych symboli. Zatrzymałam się przy młynkach modlitewnych, które – wierzą Nepalczycy – rozsiewają modlitwy po świecie i przynoszą dobrą karmę temu, kto je obraca. Uwielbiałam patrzeć na łopoczące na wietrze flagi modlitewne – każda z nich niosła oddech Himalajów i cichą prośbę o pokój.
Pierwsze kroki po mieście skierowaliśmy do Świątyni Małp.
Wdrapując się po kamiennych schodach, mijaliśmy małpy – nieodłączny element świątynnego krajobrazu. Przemykały między pielgrzymami, rozrabiały, kradły ofiary z ołtarzy i z ciekawością przyglądały się turystom. Na szczycie unosiły się chorągiewki modlitewne, wiatr niósł ich szept nad dolinę, a oczy Buddy spoglądały spokojnie na świat z każdego kierunku. Tam, w tym gwarze i spokoju zarazem, poczułam, że naprawdę jestem w Nepalu.
Potem był Durbar Square – serce dawnego królestwa, gdzie historia i duchowość splatają się w gęstą, niemal namacalną aurę. Między drewnianymi świątyniami, misternie rzeźbionymi w motywy bóstw i demonów, snuły się dźwięki dzwonków i zapach kadzideł.




















Kumari – dziewczynka, w której mieszka bogini
Nie widziałam Kumari na żywo. Stałam pod jej oknem, w cieniu pałacu o rzeźbionych balkonach na Durbar Square. Powietrze pachniało kadzidłem i kurzem, a dźwięki świątynnych dzwonków mieszały się z głosami ludzi. Z opowieści przewodnika rodziła się w mojej głowie historia – trochę jak legenda, trochę jak sen.
Nepalczycy żyją w świecie bardziej mistycznym niż materialnym. Wierzą, że bogowie są tuż obok – w codzienności, w spojrzeniu, w ciszy. Lud Newarów z Doliny Katmandu ma swoje żywe boginie – Kumari. To małe dziewczynki, w których – jak wierzą – na pewien czas zamieszkuje bogini Taleju.
Kandydatka na Kumari musi być doskonała. Według tradycji powinna posiadać trzydzieści dwie doskonałości: nieskazitelną skórę, idealne zęby, delikatny głos, długie rzęsy, odwagę lwa… Jej ciało ma stać się świątynią. Gdy zostaje wybrana, zamieszkuje w pałacu Kumari Ghar. Nie może dotknąć ziemi – mogłaby utracić boską energię. Nie uśmiecha się, bo bogini nie powinna okazywać emocji.
Każdego dnia maluje się jej oczy czarnym konturem, wkłada czerwoną szatę i złoty diadem. Rzadko pokazuje się światu – na kilka sekund w oknie. Ludzie czekają godzinami, wierząc, że spojrzenie Kumari przynosi błogosławieństwo.
Ja jej nie zobaczyłam. Ale kiedy później spojrzałam na zdjęcie tej drobnej dziewczynki o przenikliwych oczach, dotarło do mnie, kim naprawdę jest: dziecko, w którym przez chwilę mieszka bogini.
Jej czas kończy się wraz z pierwszą kroplą krwi – gdy nadejdzie miesiączka lub nawet niewielkie skaleczenie. Wtedy bogini odchodzi. Przez rok jeszcze mówi się do niej z czcią, później staje się znów zwykłym człowiekiem. Choć może już na zawsze trochę innym.


Po zwiedzaniu wróciliśmy do hotelu. Zmęczenie po długim, nieprzespanym locie wreszcie dało o sobie znać. Gorący prysznic, chwila drzemki – jakby między światami – i znów byłam gotowa, by wyruszyć dalej.
Taksówką pojechaliśmy do Thamelu, dzielnicy, która nigdy nie śpi. Po drodze przydarzyła się mała przygoda – pomyliłam się przy płaceniu i dałam kierowcy zbyt dużo pieniędzy. Spojrzał na mnie z uśmiechem i odmówił przyjęcia nadwyżki. „Too much, madam” – powiedział spokojnie. Ten gest prostoty i uczciwości rozbroił mnie bardziej niż wszystkie uśmiechy świata.
W Thamelu, pośród labiryntu wąskich uliczek, lampionów i muzyki, zaczęłam odkrywać swoją nową codzienność. Pierwsze zakupy – w małym sklepie pachnącym herbatą i przyprawami – przyniosły mi radość dziecka, które otwiera drzwi do innego świata.























































Kolejny dzień odsłonił inne oblicze Doliny Katmandu. Znaliśmy już samo miasto – z pałacem królewskim, dziedzińcami i świątyniami. Tym razem udaliśmy się do Bhaktapuru, dawnej stolicy jednego z trzech królestw. Tam znajduje się słynny Pałac z 55 oknami i Złota Brama – arcydzieła newarskiej sztuki. Spacerując, dotarliśmy też do Nyatapoli, pięciokondygnacyjnej pagody – najwyższej w Nepalu.
W Bhaktapurze po raz pierwszy zobaczyliśmy tradycyjne stroje Newarów, pierwotnych mieszkańców Doliny, którzy do dziś pielęgnują swoje zwyczaje. To w ich kulturze narodziła się tradycja żywej bogini.
Później pojechaliśmy nad rzekę Bagmati, do kompleksu Pashupatinath – najświętszego miejsca dla nepalskich hinduistów. To tutaj odbywają się pogrzeby kremacyjne na otwartym powietrzu. Dym unoszący się nad rzeką przywołał mi na myśl Waranasi – tam też ogień żegna zmarłych, a życie i śmierć splatają się tuż obok siebie.
Po krótkiej ceremonii błogosławieństwa, gdy na czołach pojawiła się tika – czerwona kropka z proszku kumkum – wyruszyliśmy do Nagarkot. Górskie miasteczko słynie z widoków na Himalaje, a my mieliśmy zobaczyć je po raz pierwszy – o świcie, w różowym świetle słońca.




Wstaliśmy jeszcze przed świtem. Teoretycznie mogliśmy oglądać wschód z okna hotelu, ale chcieliśmy przeżyć przygodę – poczuć poranek na wzgórzu, gdzie świat budzi się wraz z pierwszym światłem.
Pobiegliśmy na punkt widokowy. Kręte ścieżki, zimne powietrze i narastające napięcie, że możemy przegapić ten moment. Śmialiśmy się z własnej nadgorliwości, biegnąc z zadyszką pod górę.
Zdążyliśmy. Przed nami rozpościerał się łańcuch Himalajów – w świetle wschodu majaczyły Langtang i Gaurishankar, a przy dobrej widoczności podobno widać nawet dalsze masywy Everestu. Gdy promienie przebiły się przez poranną mgłę, ludzie wokół zaczęli bić brawo – jakby witali słońce.
A potem przyszła cisza, łzy wzruszenia i to uczucie, że stoisz twarzą w twarz z Himalajami – majestatycznymi, spokojnymi, niezmiennymi.










W dżungli i w drodze
Choć około 70 procent Nepalu to góry, kraj ma też zupełnie inne oblicze – nizinne równiny Teraju, porośnięte dżunglą. Tu żyją ludzie z plemienia Tharu i dzikie zwierzęta: słonie, nosorożce, tygrysy bengalskie.
Życie Tharów, którzy niegdyś przybyli z terenów dzisiejszych Indii, nigdy nie było łatwe. Karczowali gęstą puszczę, by stworzyć miejsce do życia i uprawy. Do dziś żyją blisko natury, często w sąsiedztwie dzikich zwierząt. Ich taniec z dwoma kijami symbolizuje odganianie zwierząt z pól i obejść. W okolicy największe zagrożenie stanowią dzikie słonie – mówi się, że mają już na swoim koncie dziesiątki ofiar.
Nas czekała przygoda – safari w Parku Narodowym Chitwan. Wyruszyliśmy w dżunglę z naszym przewodnikiem, wypatrując zwierząt w gęstwinie. Pojawiły się jelenie axisy – zgrabne i płochliwe, jak nasze daniele. Ale my marzyliśmy o spotkaniu z nosorożcem.
Jazda przez park stawała się coraz bardziej męcząca. Kurz, upał i napięcie – zaczęliśmy tracić nadzieję. Co chwilę mijaliśmy inne jeepy: wszyscy już widzieli nosorożce. Wszyscy oprócz nas.
Gdy słońce chyliło się ku zachodowi, pogodziliśmy się z porażką. A wtedy… zza zakrętu, w pomarańczowym świetle, wyszedł on – ogromny nosorożec. Stanął przed maską, spokojny, dostojny, nieprzewidywalny. Przez chwilę nikt się nie ruszał – tylko serca biły szybciej.
Takie bywają safari – napięcie, emocje, nagłe zwroty akcji. Jedna rada: nigdy się nie poddawajcie. W dżungli nagrody czekają na cierpliwych.
Nepal to była prawdziwa podróż – raz autostradą, raz wąską, szutrową drogą pełną zakrętów i pyłu. Mijaliśmy wioski, pola ryżowe i wiszące mosty, kołyszące się nad rzekami w rytmie wiatru i kroków. Każdy kilometr przynosił coś nowego – krajobraz, zapach, uśmiech ludzi.













Pokhara – spokój u stóp Annapurny
W końcu dotarliśmy do Pokhary – miasta u stóp Annapurny, z którego w pogodny dzień widać ośnieżone szczyty. To miejsce ma niezwykły spokój – jezioro Phewa odbija góry jak lustro, a poranki pachną mgłą i kadzidłem.
Gdy odetchnęliśmy po drodze, zaczęło się szaleństwo zakupowe – sklepy pełne odzieży i sprzętu dla trekkerów. Kuszące witryny z plecakami, kurtkami, butami… Trudno było przejść obojętnie. Ja kupowałam kurtkę za kurtką: dla wnuczki, dla synów, dla męża i dla siebie. Gdy doliczyłam się siedmiu sztuk, pomyślałam, że wciąż mało! 😄
Pokhara okazała się miejscem, w którym można zarówno odpocząć, jak i poczuć ducha Himalajów – spokój, przygoda i codzienne życie w cieniu gór.






Poranek na Sarangkot i ślad Gurkhów
Tego dnia nie jechaliśmy dalej. Zatrzymaliśmy się w Pokharze – u stóp Himalajów, gdzie Annapurna wyłaniała się zza gór, oświetlona porannym słońcem. Wjechaliśmy na pobliskie wzgórze; stamtąd rozciągał się widok jak z pocztówki. To właśnie z okolic Sarangkot startują paralotniarze – raj dla lotów nad Himalajami.
W porannym świetle Annapurna ukazała się w całej okazałości – potężna, spokojna, niedostępna. Patrzyliśmy w ciszy, z poczuciem, że stoimy u stóp czegoś większego niż człowiek.
Dla mojego męża, paralotniarza, to miejsce miało szczególne znaczenie. Z zainteresowaniem przyglądał się wzgórzom, kierunkom wiatrów, miejscom startów – badał teren i zastanawiał się, czy wrócić tu na loty.
Potem – historia walecznych Gurkhów: legendarni wojownicy znani z odwagi i lojalności, od pokoleń służący w elitarnych jednostkach. Ich symbolem jest nóż kukri – zakrzywione ostrze, które towarzyszyło im w walce. W muzeum i sklepach – dziesiątki kukri: jedne prawdziwe, inne ozdobne, wszystkie przypominające o duchu tych ludzi.
Zajrzeliśmy też do obozu tybetańskich uchodźców – spokojnej enklawy pełnej kadzideł, chorągiewek i rękodzieła. Kupiłam misę dźwiękową dla mojej przyjaciółki Basi – joginki. Jej głęboki ton uspokaja umysł i ciało – dźwięk, który przenika aż do środka duszy.
Wodospad Devi’s Fall hukiem przeczył temu, że to wciąż środek miasta. A na koniec dnia – wzgórze z widokiem na całą Pokharę i Phewa. W cieniu świątyni, wśród powiewających flag, medytowaliśmy z Binodem. Cisza, wiatr, dzwonki i śpiew ptaków – jeden z najspokojniejszych momentów podróży.




















Tatopani – pierwszy „Everest”
Czas na „prawdziwe” Himalaje miał dopiero nadejść. Naszym celem było Królestwo Mustangu, a właściwie Muktinath. Zanim tam dotarliśmy, – Tatopani.
Trasa niezwykła: strome zbocza, wodospady spadające z gór, wąskie odcinki, na których mijanka z innym autem to cud. Nawet Binod krzyczał z zachwytu, gdy kolejne pasma wyłaniały się zza wzgórz.
W Tatopani z okna widać było rzekę i góry. Za miasteczkiem – wioska i wodospad. Prowadziły do niego kamienne schody; zaczęliśmy pierwszą prawdziwą wędrówkę. W tle Himalaje, wokół złocące się pola, kozy, błękitne niebo. Schodów dużo – w połowie chciałam się poddać. Coca-Cola w barze, „idźcie dalej beze mnie”. Nie odpuścili. Poszliśmy razem. Na górze – błyszcząca mgła, chłodny powiew, poczucie, że jesteśmy dokładnie tam, gdzie trzeba.
Na dole nogi jak z waty, serce szczęśliwe. Most nad rzeką, wodospad połyskujący w oddali – jak przypomnienie, że naprawdę tam dotarliśmy. Małe zwycięstwa nie dzieją się na szczycie, dzieją się po drodze.
Kąpiel w gorących źródłach i nepalski masaż w hoteliku rozpuściły zmęczenie. Proste szczęście.




















W drodze do Marcha
No i dalej – w głąb gór. Pokhara została za nami. Droga wiła się nad przepaściami, zakręty prowadziły w chmury. W miasteczku otoczonym sadami jabłkowymi kupiłam kaszmirowy szal – prezent dla młodej mamy naszej Wiktorii.
Po kieliszku jabłkowego brandy i kawałku tybetańskiego chlebka – Marcha i spotkanie, którego się nie zapomina.













Spotkanie z Bhaktim
Bhakti, siedemdziesięciopięcioletni, z chorobą Parkinsona, a jednak pełen godności i spokoju. Kiedyś pomagał himalaistom – znał ich marzenia, lęki, słabości.
„Skąd jesteście?” – „Z Polski.”
Zamyślił się. „Miałem przyjaciela Polaka… dawno… nie pamiętam…”
I wtedy: „Jerzy Kukuczka.”
Cisza. Łzy. Przyniósł stary notes – wpisy i dedykacje wspinaczy z całego świata. Każda strona jak ślad marzenia. Wyszliśmy w milczeniu, z jabłkami w plecakach. To zostaje na zawsze.




Noc w Jomsom
Jomsom – miasteczko z lotniskiem, wysoko w górach. Z okna pokoju jedna z ośmiotysięcznych – może Dhaulagiri, może Nilgiri – strażniczka doliny w złocie zachodu.
Wieczorem Deepawali – Święto Świateł. Girlandy lampek, płomyki oliwne w drzwiach, muzyka, dzieci z iskierkami. Kozy i osiołki jak część święta. Szyldy: Hotel Mount Everest, Himalaya View, Snow Peak Lodge. Całe miasteczko tańczy w blasku. Prosta radość życia.







W stronę Muktinath
Dzień najdalszy i najwyższy. Celem – Muktinath. Binod – podekscytowany jak dziecko, a jednak poważny jak pielgrzym.
„To moje marzenie. Czy mogę wziąć udział w rytuale kąpieli?”
„To zaszczyt.”
Droga wyżej i wyżej. Surowy krajobraz, rzadsze powietrze, kolory miedzi, ochry i szarości. Zapach jałowca i modlitw. Na horyzoncie – pierwsze flagi.
Droga ku świątyni
Pielgrzymi, śpiewy Hare Krishna, Hare Rama. Mnich w pomarańczowym płaszczu – spojrzenie tych, którzy już wszystko zrozumieli.
Przy świątyni tłum uśmiechniętych, skupionych ludzi. Słońce, śnieżne szczyty, flagi jak kolorowe skrzydła modlitwy. Binod biegnie od kraniku do kraniku, zanurza dłonie, potem całe ciało w kamiennych basenach. Radość czysta, prawdziwa. Radość spełnionego marzenia.
Wracam myślami i czuję tęsknotę: za światłem, za śpiewem nad górami, za spokojem w oczach mnicha. Za Muktinathem, gdzie słońce jest tak blisko, że można dotknąć nieba.
Powrót z raju
Szybki, adrenalina. Z okna pokoju – starty i lądowania małych samolotów znikających między wzgórzami.
Noc niespokojna. Krótki pas, piętnaście minut lotu – a jednak obietnica całych Himalajów. O świcie herbata z mlekiem i przyprawami, gorący chlebek, jajko na maśle. Pieszo na lotnisko. Wzdłuż drogi – trekkingowcy, motocykliści z Mustangu, pielgrzymi żegnający góry.
Na płycie – dwa samoloty jak zabawki. Wszyscy wiedzą: zaraz „lot życia”. Oderwanie od ziemi, serce mocniej. Karuzela między niebem a przepaścią. Rzeki w dolinach, wioski przyklejone do zboczy, chorągiewki tańczące na wietrze. Poranne słońce żegna nas blaskiem.
Lądowanie w Pokharze – okrzyk radości. Jeszcze przed chwilą cisza gór, teraz znów zapachy, dźwięki, życie. Jeszcze lot do Katmandu, ale w sercu dudni wiatr.
Ostatni dzień – jak nagroda
Binod zaprosił nas do domu na Deepawali – zwycięstwo światła nad ciemnością. Na obrzeżach Katmandu cała rodzina gotowa do Bhai Tika – Dnia Braci i Sióstr.
Siostra oczyszcza przestrzeń, zapala lampki, rozbija orzecha kokosowego. Namaszcza czoła braci olejem, nakłada tikę w siedmiu kolorach: czerwony – miłość i siła, żółty – mądrość, niebieski – odwaga, biały – czystość, zielony – harmonia… Potem karmi jogurtem, częstuje słodyczami i daje drobne prezenty. Brat odwzajemnia gest.
Radość, rozmowy, śmiech, muzyka. Byliśmy gośćmi, a przyjęto nas jak rodzinę. Specjalnie dla nas – kameralny koncert, piosenki po nepalsku i po angielsku. Ciepło, wzruszenie.
Kiedy odjeżdżaliśmy na lotnisko, w oczach Binoda błyszczały łzy. Czułam, że było mu z nami dobrze – po prostu, po ludzku. I że zapamiętamy się nawzajem na długo.
Podróże zawsze się kończą, ale zostają w nas na zawsze – w zapachach, dźwiękach, wspomnieniach i w ludziach, których spotkaliśmy po drodze. Nepal zostanie ze mną już na zawsze.
Jeśli chcesz zajrzeć do miejsc, gdzie bogowie wciąż mieszkają obok ludzi – Nepal jest jednym z nich.





































Tekst: Joanna Antkowska-Dobrowolska / Joanka z podróży
