Przed wyjazdem do Maroka obejrzeliśmy film Sirat i byliśmy niemal pewni, że nigdy nie postawimy stopy w marokańskiej części Afryki. Film wbił nas w fotel. Zostawił niepokój i strach przed tym, co może się tam wydarzyć. Maroko jawiło się jako kraj nieprzewidywalny, dziki, budzący respekt.






Los jednak chciał inaczej.
Koledzy mojego męża zaproponowali wyjazd paralotniowy do tego kraju — barwnego, kontrastowego, pachnącego przyprawami i oceanem. Decyzja zapadła szybko. Trochę na przekór wcześniejszym obawom polecieliśmy do Agadiru w pierwszym tygodniu stycznia.
Odżyłam.
Słońce, niebieskie niebo, ciepłe powietrze. Wspaniali ludzie. Paralotniarze unoszący się nad klifami, rysujący kolorowe ślady na tle nieba, a ja — po raz kolejny w swoim życiu — stojąca z boku i patrząca na to szaleństwo z zachwytem i niepokojem.





















Maroko było dla mnie zupełnie nowe. Nieodkryte. Chłonęłam je powoli. Czytałam, planowałam, marzyłam — pustynia czy góry Atlas? A może Marrakesz, z jego chaosem, zapachami i historią zapisaną w murach?
Mieszkaliśmy na północ od Agadiru, niedaleko oceanu, z dala od miejskiego zgiełku. Dni płynęły spokojnie, w rytmie słońca, wiatru i lotów nad klifami. I tak Maroko — kraj, którego mieliśmy się bać — stało się miejscem, w którym poczułam lekkość. I przestrzeń.
Potem przyszły góry Atlas.
Inne Maroko. Cichsze. Bardziej surowe.
Droga wspinała się coraz wyżej, a wraz z nią zmieniały się kolory i powietrze. Wioski przyklejone do zboczy, domy w kolorze ziemi, kamień, wiatr i słońce. Atlas nie prosi o uwagę — on ją zabiera bez wysiłku. Uczy skali i cierpliwości. Między oceanem a pustynią jest kręgosłupem tego kraju — twardym, pięknym i prawdziwym.










A potem była plaża Legzira.
Miejsce, w którym ziemia kończy się nagle, a ocean przejmuje głos.
Czerwona skała spotyka Atlantyk, kamienne łuki wyrastają z klifu, a ocean co chwilę próbuje je zabrać. Jeden z nich już zniknął. Rozsypał się. Legzira uczy, że nic nie jest na zawsze. Nie przyjeżdża się tu po atrakcję, tylko po moment — po wiatr, sól na skórze i ciszę przerywaną falą.
















Na koniec przyszła Essaouira.
Miasto, które nie krzyczy. Ono szumi.
Biel murów i niebieskie drzwi, medyna, w której zakupy są częścią spaceru — raz galeria, raz warsztat, raz stragan. Port żyjący własnym rytmem: rybacy, sieci, targowanie się o świeżą rybę. Mewy jak aktorki, koty jak modele.
Z czasem zaczęłam też zwracać uwagę na to, jak Maroko się ubiera. Bo tu strój nie jest dodatkiem — jest odpowiedzią na świat. Warstwy mają sens: słońce z góry, pył w powietrzu, wiatr od oceanu i cień w wąskich uliczkach medyny. Marokanki wybierają długie, miękkie formy, które nie opowiadają o ciele wprost, tylko je otulają. Djellaby, kaftany, luźne spodnie, narzucone chusty. Skromność nie jest tu karą — jest stylem. U mężczyzn jest prościej, ale równie funkcjonalnie: djellaby obok jeansów, tuniki obok bluz. Ma być wygodnie, ma działać — w upale, w wietrze, w codzienności.


























I chyba właśnie to zabieram z Maroka najbardziej.
Nie konkretne miejsca, nie listę „zobaczonych”, nawet nie zdjęcia.
Zabieram rytm.
Warstwy.
Wiatr, który uczy zwalniać.
Przestrzeń, w której nie trzeba niczego udowadniać.
Maroko nie próbuje się podobać.
Jest takie, jakie jest.
I kiedy pozwolisz mu być — ono zostaje z tobą na długo.


Link do organizatorów:
Paralotnie-Piła
