Wróciliśmy z gorącej Brazylii – prosto z samego serca brazylijskiego karnawału. I choć ciało jest już w Polsce, to głowa wciąż tańczy gdzieś między bębnami Bahii a sambą z Rio.






Pierwsze dni spędziliśmy w Salvadorze w Bahii. Tam karnawał od ponad siedemdziesięciu lat odbywa się na słynnych trio electrico – ogromnych ciężarówkach, które zamieniają się w sceny koncertowe. Najwięksi artyści jadą przez miasto ze swoją ekipą, a za nimi płynie tłum. Dosłownie płynie. Tysiące ludzi w tych samych koszulkach, śpiewających, tańczących i idących razem przez całe miasto. Czasem tak długo, że biją rekordy Guinnessa w długości karnawałowego szaleństwa.
A jednak… najbardziej poruszył mnie karnawał w Pelourinho, w historycznym sercu Salvadoru. Tam nie było wielkich scen ani ogromnych ciężarówek. Były za to bębny, śpiew, taniec i ludzie z uśmiechami tak szerokimi, jakby ta noc miała nigdy się nie skończyć. Muzycy wciągali do zabawy wszystkich dookoła – przechodniów, turystów, nas.
To była prawdziwa uczta dla oczu i uszu. Taka, przy której pojawiają się łzy wzruszenia, choć nawet nie wiesz dokładnie dlaczego.
Czasem uciekaliśmy też od hałasu, który trwał do późnych godzin nocnych. Jednego dnia wypłynęliśmy na Zatokę Wszystkich Świętych, odkrytą przez Portugalczyków w listopadzie – stąd jej nazwa. Na łodzi również nie brakowało muzyki, bębnów i tańca, a w rękach niemal wszystkich pojawiła się wszechobecna w Brazylii caipirinha – zrobiona z cachaçy, limonki i lodu.












Ćwiczyliśmy też pierwsze kroki capoeiry, narodowego tańca Bahii, który wywodzi się jeszcze z czasów niewolników. Byliśmy także na lekcji samby – i dopiero wtedy zrozumieliśmy, jak trudno jest zgrać jej szybkie kroki z ruchami rąk i bioder.












Potem było Rio de Janeiro. Miasto odkryte w styczniu – i nazwane przez pomyłkę. Portugalczycy uznali zatokę za ujście rzeki, więc nazwali to miejsce „Styczniową Rzeką”. Nazwa została, choć rzeki tam nie ma.












Powtarzałam moim towarzyszom podróży chyba ze sto razy, że Rio jest jednym z najpiękniejszych miast świata – żeby zapamiętali na całe życie, w jak niezwykłym miejscu są.
Rio zachwyca. Plaże, wzgórza z widokami zapierającymi dech w piersiach, a między nimi las Tijuca – prawdziwa dżungla w środku miasta. Nawet zimą jest tu ciepło, więc życie toczy się głównie na zewnątrz: bieganie, siatkówka na plaży, surfing i długie spacery.
Do Rio się tęskni i chce się tu wracać. Mieszkańcy miasta – słynni, zawsze uśmiechnięci cariocas – żyją w rytmie muzyki i zabawy przez cały rok.
Zobaczyliśmy Rio z każdej możliwej perspektywy – z punktów widokowych, ze wzgórz, a nawet z helikoptera. Odwiedziliśmy też fawelę Rocinha, gdzie mieszkańcy mają jedne z najpiękniejszych widoków na świecie, choć codzienne życie na pewno nie jest tam łatwe.
A potem przyszedł moment, na który wszyscy czekaliśmy – Sambodrom.
To było największe „wow” tej podróży. Szkoły samby przygotowują swoje występy przez cały rok. Jedna szkoła potrafi wystawić nawet kilkaset osób. My chcieliśmy zobaczyliśmy sześć najlepszych.
I nagle wszystko zaczęło wirować.
Kolory. Kostiumy. Bębny. Tancerze. Platformy wielkości domów. Piosenki śpiewane przez tysiące gardeł.
Nie chciało się wracać do hotelu. Chciało się tylko patrzeć i chłonąć każdą sekundę. Każdy detal kostiumu, każdy krok tancerzy, każdą historię opowiadaną tańcem. To nie był tylko pokaz – to był prawdziwy spektakl. Każda szkoła opowiadała swoją historię, miała własną piosenkę, orkiestrę bębnów – słynną baterię – niezwykłe kostiumy, ogromne platformy i pary tancerzy prowadzących paradę.
























Po tej eksplozji emocji pojechaliśmy jeszcze odpocząć na brazylijskie Malediwy – Arraial do Cabo. Turkusowa woda, biały piasek i cisza po dniach pełnych muzyki.








Po powrocie do Rio zajrzeliśmy jeszcze do Miasta Samby, żeby zobaczyć, jak powstają te niezwykłe konstrukcje i kostiumy, które nocą na Sambodromie wyglądają jak czysta magia. Nawet przebraliśmy się w karnawałowe stroje, by choć na chwilę poczuć się jak artyści jednej ze szkół samby.












Na koniec czekał na nas cud natury – wodospady Iguazú.
Te perły Brazylii i Argentyny zrobiły na wszystkich ogromne wrażenie. Podczas przejazdu motorówką nie została na nas ani jedna sucha nitka.








A potem jeszcze São Paulo – serce brazylijskiej energii i kulinarnego świata. W mieście jest ponad 20 000 restauracji, więc wybór wcale nie był łatwy. My trafiliśmy do dzielnicy japońskiej. I trudno się dziwić – mieszka tam ponad półtora miliona Japończyków, a sushi smakuje tam niemal tak, jakbyśmy byli w Tokio.










I nagle… to już koniec.
Trochę szkoda.
Bo są podróże, z których się wraca.
I są takie, które jeszcze długo w człowieku grają jak bębny samby.
Kiribati Club – Prawdziwe Podróże
Gorączka Brazylijskiego Karnawału 2026
