LĄDOWANIE Z PIORUNAMI (NIKARAGUA)

 

Wiecie co jest najlepsze z podróżowania? To fakt, że mimo zakończonej podróży ona w nas zostaje na zawsze. Już nigdy nie będziemy tacy sami. Podróż nas odmieni, będzie odzywać się co jakiś czas, przypominać o sobie o nieokreślonych godzinach w nocy, w dzień  lub wczesnym rankiem. Będzie dawała o sobie znać jak opiekuńcza mama, bo wiele nas nauczyła. Przypomni nam się jak było cudownie, albo, że zdarzyło się to czy tamto i wróci magia tamtej chwili, radość tamtego przeżywania. Przypomni nam się też jak było nam źle, jak się baliśmy lub odczuwaliśmy dyskomfort w określonym miejscu i czasie. Mnie to się czasem zdarza i wiem, że każda podróż daleka czy bliska  warta była podjętego wysiłku wyprawy w nieznane…… Pozostawiła we mnie coś, co zmieniło moje postrzeganie świata, nauczyła czegoś co pozwoliło mi lepiej go rozumieć.

Przygodę w Nikaragui rozpoczęłam trochę nerwowo. Nie boję się latać, a jednak zdarzył mi się  lot  przy którym nogi mi się zatrzęsły  i nie chciały przestać się trząść. Nic dwa razy się nie zdarza- więc staram się już nie  myśleć o tamtym strachu kiedy wsiadam do kolejnego samolotu. W każdym razie przelot na trasie Panama-Managua był przez chwilę koszmarem, a konkretnie samo lądowanie.

Miłe rozmowy, zbliżamy się celu podróży. Za oknami samolotu słychać burzę, spoglądam przez okno i widzę piorun. Nie specjalnie się wystraszyłam, ale  poczułam ścisk w żołądku. W końcu podchodzimy do lądowania. Samolot jest jakiś niestabilny. Wpadamy  w dziury powietrzne  Zaczynam się bać…… ale  lądujemy. Modlę się i czekam na ten moment zetknięcia się podwozia samolotu z ziemią. Wydaje mi się, że trwa to za długo. I kiedy już ma to nastąpić nagle z wielkim impetem wznosimy się w powietrze, lecimy na drugi krąg. Nogi mi się trzęsą, nie mogę zapanować nad nimi. Myślę sobie wszystko będzie dobrze, ale moje ciało w to nie wierzy. Za oknem burza na całego. Trwa to wieczność.  on leci myślę sobie. Nie odzywamy się do siebie, choć przed chwilą jeszcze rozmowa była ciekawa i zajmująca. Ten moment  początku naszej podróży okazuje się być horrorem, choć dość szybko o nim zapomnieliśmy. Próbuje tłumaczyć sobie, samolot to bezpieczny środek transportu. W końcu lądujemy za drugim razem bardzo nieefektownie bujając się jak na łódce. Czuję ogromną ulgę. Ufff

Tak oto zobaczyłam Managuę- stolicę Nikaragui. Miasto przywitało nas potężnym deszczem, więc czym prędzej udaliśmy się spać i wciąż trzęsącymi nogami. jeszcze długo nie mogliśmy się uspokoić.

 Kolejny dzień po burzy

Nikaragua, kraj pięknych wulkanów. Jest ich tu ze czterdzieści. Jedziemy nad Ocean. Jest piękne słońce. Już nikt nie pamięta wczorajszej burzy. Mijamy perfekcyjny stożek Momotombo, symbol Nikaragui, który dwa lata temu w 2015 przebudził się po 110 latach i przestraszył mieszkańców. W powietrze wyrzucał ogromne chmury pyłu, popiołu i gazu, podjęto plan ewakuacyjny okolicznych wiosek, zamknięto szkoły. Dla nas to śpiący Książe. Perfekcyjny kształt i piękna nazwa przyciąga nasze aparaty, które z każdej strony trzaskają zdjęcia.

Od wieków toczyły boje o miano stolicy  państwa dwa śliczne miasta z kolonialną zabudową Leon i Granada. Gdzie dwóch się bije tam trzeci korzysta i tak stolicą została  brzydula Managua. wielokrotnie niszczona przez huragany i trzęsienia ziemi.

Pierwsze miasto na naszej trasie to właśnie Leon. Urodził się tu słynny poeta Ruben Dario, który dostał nagrodę Nobla i którego szczątki spoczywają w pięknej katedrze na głównym placu miasta. To po jej dachu można chodzić i podziwiać piękne miasto i widoki na pobliskie wulkany.

Już niedługo udamy się na emocjonujący zjazd na deskach z Cerro Negro. Jeszcze załatwiamy kilka formalności w agencji turystycznej. i jedziemy do Penitas

Tak się zaczyna nasza przygoda z Nikaraguą.

W Penitas podglądamy życie mieszkańców, rybaków, surferów i dzieciaki biegające wszędzie. Ta plaża nie ma nic wspólnego z naszym wyobrażeniem. Dla nas ocean to wakacje, hotele, kuracjusze. A tutaj żyją ludzie, wykonują swoje codzienne  czynności My jesteśmy przybyszami. Musimy się dostosować. Nikt nie wyleguje się na plaży. My spacerujemy i uśmiechamy się do mieszkańców. Turystów jest bardzo mało

W naszym hoteliku gospodyni gotuje dla nas pyszne owoce morza. Zauważamy, że dużo ludzi jest ubranych na biało. Szykuje się wesele. Dziś będzie tu wielka zabawa-żeni się sąsiad z dziewczyną z Leon. Mamy szczęście –  będziemy świadkami takiej imprezy. To nic, że będzie głośno cieszymy się. O to nam chodzi poznać Nikaraguę i jej mieszkańców.

I tak za dwie godziny bratamy się z panną młodą, która częstuje nas tortem weselnym i wywija z nami na parkiecie.

Postanowiłam pojechać chicken busem do Leon. To będzie taki mały folklor dla moich turystów. Powtarzam od rana jak niebezpiecznie może być i żeby uważali na aparaty fotograficzne. I jak myślicie kto traci aparat przez nie uwagę? Tak  to ja. Dokładnie  pamiętam moment, w którym ostrzegam turystów głośno po polsku uważajcie na złodziei Nawet któryś z moich podopiecznych zrobił mi w tym momencie zdjęcie. Stoję przed chicken busem coś głośno mówię i aparat mam w kieszeni.. W chicken busie już go nie ma, ktoś mi zabrał jak ostrzegałam swoich turystów..

I tak właśnie wygląda podróż. Jak w kalejdoskopie mamy chwile radosne i mniej udane. Strata aparatu zawsze boli, żal zrobionych już zdjęć…., żal ukochanego sprzętu, ale cóż jedziemy dalej….

Podróżowanie uczy uwagi, stawiania czoła wyzwaniom (latanie w burzy i przezwyciężanie strachu) i rozwija (ile ciekawostek dowiadujemy się, ile pięknych widoków dane nam jest zobaczyć)

Mnie podróżowanie sprawia frajdę i raczej nie doprowadza do złości Przyjmuję to co przynosi podróż, bo na nią się zdecydowałam. Uczę się mnóstwa rzeczy, które mogę wykorzystać w codziennym życiu. Przede wszystkim jestem już doskonale zorganizowana. Lata praktyki i każde kolejne doświadczenie sprawiły ze idzie mi coraz lepiej. Choć to wcale nie jest takie proste. W mojej drodze bardzo często pojawiają się trudności opóźnienia lotów, zerwane linie trakcyjne krzyżują mi plany Nie mam wpływu na pogodę czy sprzęt techniczny Uczę się cierpliwości i zabezpieczam się na każdą ewentualność. Mam dodatkowy sweter, power banka, baterie…………….

Znam języki kraju do których podróżuję.. Uczę się historii oraz kultury miejsca, które odwiedzę Czytam nie tylko przewodniki, ale i książki napisane przez podróżników lub lokalnych pisarzy.
Jestem zarażona podróżą. Jak mawiał Ryszard Kapuściński mistrz światowego reportażu:
Podróż przecież nie zaczyna się w momencie, kiedy ruszamy w drogę, i nie kończy, kiedy dotarliśmy do mety. W rzeczywistości zaczyna się dużo wcześniej i praktycznie nie kończy się nigdy, bo taśma pamięci kręci się w nas dalej, mimo że fizycznie dawno już nie ruszamy się z miejsca. Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s